The voice of…

Wiosna to w tym roku czas przełomów znaczniejszych niż zwyczajowe. Podoba mi się bardzo zafurtkowa zawartość jutra. Trochę od środka, a trochę z boku obserwuję też jak głęboki stempel zostawiają aktualne odejścia. Klocki układają się w zwiastun pożegnania kogoś wśród naj-najbliższych. To ten czas, gdy jeszcze trochę bardziej milczę, nie widzę, że patrzę, później ruszam po zmianie świateł. Powoli się z tym wszystkim układam. Chodzę po rosie. Panta rhei.
Zagapienia tego czasu zaskakują, daleko można od siebie odpłynąć.

Po dniu bez towarzystwa i godzinach karku zgiętego nad słupkami, ramkami tabel, paragrafami, krzątam się wieczorem przy uchylonym oknie. Po pewnym czasie wyłapuję strzępki rozmowy – mały chłopiec zachwyca się czymś przy płocie. W skowronkach cały taki, szczebiocze achy i ochy. Nie słyszę zbyt wyraźnie słów, ale uśmiecha mnie ten głos. Przyjazny, ciepły taki, przywodzi na myśl kubek kakao z miodem. Odpływam sobie gdzieś tym torem.

Dopiero po chwili dociera do mnie, że ten dźwięk to Niuń. Osobisty potomek. Krew z krwi. Krtań z krtani.

*
Otulasz głosem, kochanie. Jak kocyk. Nawet wtedy, gdy tylko wiatr cię przynosi.

Reklamy