Krew

Niuńkowy zachwyt nad światem wciąż mnie zaskakuje. Niby wiem już jak cudowny jest nasyp kolejowy wieczorową porą, jak wspaniałe jest to, że kupiłam spryskiwacz do kwiatów i że widok przytulających się postaci, jakichkolwiek – choćby i w kreskówkach, wywołuje uczucia tak „milutkie”, że staję się momentalnie obiektem przytulanym.
Niby wiem, a wciąż się dziwię.

Niuń poszpitalny, po pierwszym drifcie karetką z kogutem, pochorobowy, już tak zupełnie prawie po. Jesteśmy w przychodni w celach kontrolnych i po przedszkolne zielone światło. Tłumaczę potomkowi co w nim płynie i po co, no i dlaczego ta pani w białym fartuszku obok nas chciałaby to zobaczyć. I że to super tak się dowiedzieć czasem co w nas, choć chwilę może być przyjemnie ciut mniej. Niuń po ytuleniu w misia podaje rękę i ściska piąstkę zgodnie z instrukcją. Spokój lodowca, zaciekawienie, cisza. Laborantka, po chwili zastygłej na wdechu zdziwienia, rozpływa się w zachwytach. Wychodzimy pokonując całe 18 schodów piętra windą, bo lubi tak. Niuń rozradowany guzikami, cały w pogodzie ducha. Ja zatopiona w dawnym wspomnieniu krwi lejącej się spod uśmiechnietego smoczka. Niuń widząc się w lustrze pomylił ją z dziadkowym dżemem truskawkowym i rozradowany przyglądał się sobie myśląc, że ktoś go dla żartu nim pomalował.

W drodze powrotnej rozsyłamy w świat dmuchawce i szukam ścieżki do jego spokoju przy fartuszku.
– Mamuś, bo ta krew, ona była taka piękna.

Ach ❤

Reklamy