Ławka

Szłam sobie czas jakiś temu. W trampkach szłam sobie chodnikiem. Krawężnik kusił, by stopę fałszywie postawić i upaść przy. By wytarzać się w tym piachu co się przy nim zbiera, w liściach uschniętych, o kolory których dbają już tylko deszcz i spaliny. By ślimaków poszukać, ponieważ to ich czas był już, a jakoś je lubię. Wypatrywać lubię, czy jakiś się nie zapędził w stronę podwójnej ciągłej, bo wtedy odklejam go po milimetrze od autostrady podmiejskiej mej i odkładając na trawę głaszczę w sobie to miłe poczucie, że zbawiam kawałek świata. A ten krawężnik kusił, by spaść z niego. Jak we śnie spaść i ocknąć się przyglądając się ścianom od nowa i znów. Zawsze te pięć centymetrów upadku gwałtownie zmienia perspektywę. I czujność.

Przy tym krawężniku dreptając doszłam do schodów, do korytarzy, do sal. A w nich recepta płatna sto procent na niewiadomą.
Wykupiłam.

Dawkuję sobie.

Na recepcie był ogród, pusty taki, jakby dorzucony w gratisie do książki „Zrób to sam”. Do zagospodarowania głową, wypełnienia treścią, zaopiekowania. Lub zaorania.

Ogród. Wielka połać ziemi. Do zaopiekowania. Dotychczas nie wytrwałam nigdy w dłuższym związku z jakąkolwiek doniczką. Brnę jednak. Wydzieliłam strefy dając każdej z części przestrzeń własną, jak w sobie szufladkom na życiostrefy. Spaceruję sobie, podlewam, pozwalam rosnąć. Przyglądam się, z rzadka przycinając, czasem podwiążę gałązkę, często wydeptuję ścieżki pozbawione krawężników. Zdarza mi się położyć pod krzakiem i patrzeć w niebo przez gałęzie.

Ogród stał się przyległością mą stałą, chroniczną. Zrośliśmy się korzeniami, razem spoglądamy w niebo, dajemy się zagnieździć ptakom, słuchamy szeptów rosnącej trawy. Mam się w nim gdzie schować, mogę wystawić się w nim na słońce, układa mi spokój, ja jemu przycinam niepokoje. Rozrósł się ostatnio. Rozjaśniłam go więc lampionami, czasem zapraszam czyjeś gołe stopy i miękkopoduszkowe łapy.

Szłam dziś znów chodnikiem. Przyglądając się opatulonym sadzą liściom znów spadłam z krawężnika. Mocno. Upadając na soczysty mech przy ścieżce dostrzegłam delikatne ruchy dłoni ogrodników. Wtedy zorientowałam się, że oni są tu tak często jak ja. Mój ogród to moi ludzie.

Jeszcze zanim wstałam, otrzepując się, zauważyłam, że jeden z nich przygotował nam miejsce na ognisko, drugi wstawił hamak, trzeci zostawił na stole z młyńskiego koła dojrzałego schłodzonego melona.

Czas na mnie. Trzeba tu wstawić kilka przytulnych ławek.
Wieczory końca lata to dobry czas na rozmowy.

Chodźcie, wsłuchamy się w siebie.

DSC_6533a

Reklamy